Polska majówką stoi

I wreszcie nadchodzi upragniona majówka. Wprawdzie kalendarzowo wypada to nie dość atrakcyjnie (ach, gdyby 1 maja był w poniedziałek!), ale za to będzie pogoda. Globalne okoliczności polityczne raczej zniechęcają do polecenia obcych krajów, bo nie dość, że można nie dolecieć, to jeszcze można tam zostać na dłużej, niż się planowało. Tym samym przeżywamy specyficzne déjà vu (odczucie, że przeżywana sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w nieokreślonej przeszłości, połączone z pewnością, że to niemożliwe – za Wikipedią). Bo przecież ciut starsi pamiętają czasy, kiedy o wyjazdach za granicę można było tylko pomarzyć, no ostatecznie bywało się w Bułgarii, na Węgrzech, a nawet (top of the top) w Jugosławii, a majówki odbywało się w kraju rodzimym. Przy okazji – w pamięci tych ciut starszych z Pierwszym Maja nierozerwalnie związane są pochody przodujących sił narodu głównymi ulicami miast i miasteczek, po których władza urządzała dla tych przodujących festyny z parówkami i bułkami sprzedawanymi z samochodów, a piwo zawsze „wyszło” za wcześnie.

Młodzież (osoby w przedziale około 40 +) nie pamięta tych czasów, bo przecież po wejściu Polski do Unii (2004 r.) i strefy Schengen (2007 r.) zaczęło się odkrywać majówkowo uroki krajów wcześniej zakazanych.

Doszło do takiego paradoksu, że dziś co poniektórzy lepiej znają różne kultowe turystyczne zakątki niż uroki Polski. Ach, jak miło było zaszpanować w towarzystwie: „Właśnie wróciliśmy z Kanarów, po drodze bujało”, „W Egipcie już nudno”, „W Rzymie takie tłumy…”, „W Barcelonie nic ciekawego, no może ten kościół, taki dziwny…”.

I tak to trwało przez lat ponad dwadzieścia, aż do dziś, gdy nagle to Europa odkrywa, że Polska jest atrakcyjnym turystycznie krajem, a do tego jednym z najbezpieczniejszych w Europie (póki co, i niech tak zostanie). Wobec tych zagranicznych ochów i achów rodacy chcąc nie chcąc próbują nadrabiać zaległości majówkowo – turystyczne i… ruszają w Polskę. To w ramach tego pospolitego ruszenia na Giewont wybieramy się w klapkach, do Morskiego Oka chcemy konnym zaprzęgiem, bo elektrykiem byłoby passe, a najważniejszym wspomnieniem znad morza są – obok nabycia na pamiątkę góralskiej ciupagi – paragony grozy. No cóż, od czegoś trzeba zacząć…

Zachęcamy polskich turystycznych nuworyszy do odkrywania innej Polski niż Zakopane, Sopot czy inne tłumnie zadeptane kultowe miejsca do zaliczenia (no z wyjątkiem tłumu we Wrocławiu, gdzie 1 maja będzie kolejna próba ustanowienia nowego Gitarowego Rekordu Świata :)). U cioci na imieninach będzie można zaszpanować tak: „Zaliczyliśmy Velo Baltica, za rok planujemy Velo Dunajec i okolice”, „Nad Biebrzę przyjeżdżają birdwatchery z całego świata, no to my z Heniem też pojechaliśmy obejrzeć bataliony, Heniu, pokaż zdjęcia…”, „A my zamiast na Majorkę wybraliśmy się Szlakiem Orlich Gniazd, co za widoki…”. Takich cudów i okoliczności przyrody jest w Polsce mnóstwo, wystarczy się rozejrzeć. A dla niedowiarków dla zachęty dwa zdjęcia z mało znanego uroczego zakątka prawie przy Trakcie Napoleońskim w okolicach Bełchatowa. Dobrej majówki!

Podziel się