Przez przypadek drugi odcinek I sezonu o banksterach i filantropach przypada w dzień de facto bankructwa całkiem sporego jak na nasz rynek banku, z którym przed kilkoma laty podobno właściciel nie chciał się rozstać za symboliczną złotówkę. Ale przecież nie takie banki w historii współczesnej upadały, dość przypomnieć Lehman Brothers, który poległ na kredytach hipotecznych w 2008 roku, dając początek globalnemu kryzysowi. Data ta jest uznawana za „symboliczny początek globalnego kryzysu finansowego”.
Nie sposób pominąć firmy Enron, której spektakularny upadek w 2001 r. pociągnął na dno globalnego audytora zaliczanego wtedy do tzw. wielkiej piątki czyli firmę Artur Andersen, której to zarzucono oszustwa za pomoc w ukrywaniu długów i fałszowanie sprawozdań finansowych w Enronie oraz niszczenie dokumentów z audytów. Przy okazji oberwało się czołowym agencjom ratingowym (Moody’s Investors Service, Standard & Poor’s i Fitch) za „bycie zbyt mało agresywnymi w ocenie ratingowej”, jak by nie było wiadomo, że tworząc ratingi najpierw pytają zlecającego „A jak ma być?”.
Żeby nie było, że takie zjawiska to tylko za Wielką Wodą, to przywołajmy całkiem niedawne doniesienia dotyczące Deutsche Banku. Kilka lat temu prasa donosiła, że menadżerowie urządzili sobie z banku świątynię hazardu, angażując trzeci największy bank Europy w ryzykowne instrumenty, co skutkowało utratą płynności oraz koniecznością kilkakrotnego ratowania miliardami euro z niemieckiego budżetu, no bo bank – kolejny – był za duży, by upaść. Ostatecznie największym udziałowcem perły w koronie finansowych instytucji Niemiec zostali… Chińczycy.
Chciwość ponad wszystko
Przyczyn przywołanych „wpadek” jest wiele, przywołajmy trzy. Pierwszą jest nieokiełznana chciwość właścicieli wielkiego biznesu (bo rzecz dotyczy nie tylko sektora finansowego) i nastawienie na maksymalizację zysków tu i teraz bez względu na skutki (czytaj: bez względu na to, jakie będą społeczne czy gospodarcze następstwa takiej strategii). Drugą – niedostateczna siła instytucji regulacyjnych dążących do okiełznania „innowacyjnej” twórczości bankierów. Trzecią – w większości prywatny akcjonariat i struktury właścicielskie tak skomplikowane, że nie bardzo wiadomo, co jest czyje. No ale o to przecież ostatecznym właścicielom chodzi, nieprawdaż? W przywołanym DB ekspozycja w instrumenty pochodne (derywaty) na koniec 2015 roku wynosiła 42 bln euro i była 14-krotnie wyższa niż PKB Niemiec! Gdzie był nadzór bankowy? Ale ponieważ związki tronu i skarbca (czyli polityki i pieniądza) są od zawsze utkane z sieci wzajemnych powiązań małżeństwa z rozsądku, to w ostatecznym efekcie zawsze tracą zwykli ludzie, będący na końcu łańcucha pokarmowego światowego systemu bankowego. W przypadku Enronu miliony straciły zabezpieczenia emerytalne, w przypadku DB – dofinansowanie banku z budżetu odbyło się de facto przez podatników, bo jak wiemy rząd nie ma nic, ma tylko nas i nasze pieniądze (było). I nie przeniesiemy – świadomie – przykładu na polski grunt, aby opisać współudział banków w finansowaniu tarcz finansowych.
Tu powinniśmy rozwinąć wątek o bezpardonowej walce, jaką z wdrażaniem „innowacyjnych” instrumentów stosowanych przez banki prowadzą organy regulacyjne (u nas np. KNF, UOKiK), ale zostawmy to jako pomysł na następny odcinek. Ciekawi mogą już kliknąć hasła: kary płacone przez banki lub bankowe niewolnictwo XXI wieku.
Prawda czy fałsz
Większość z nas na hasło bank przywołuje dwa skojarzenia: pierwsze „Pewne jak w banku” i „Banki instytucjami zaufania publicznego”. Najwyższy czas, abyśmy poddali takie podejście kreujące jakże pozytywnie wizerunek banków solidnej weryfikacji. Należy zauważyć, że obydwa slogany pochodzą z poprzedniej epoki bankowości, kiedy instytucje te w Polsce były państwowe i w niewielkiej części spółdzielcze. I tu obszerny cytat prof. Marianny Księżyk:
„W Polsce po II wojnie światowej aż do czasu prorynkowej transformacji, emisja pieniądza (złotego) nie była oparta na długu publicznym. Bank centralny (NBP) i inne banki (z wyjątkiem nielicznych spółdzielczych) znajdujące się na terenie kraju były państwowe. W swojej działalności żaden z tych banków nie kierował się zyskiem, wprost przeciwnie – ceny kredytów w polskim systemie bankowym były ustalane na poziomie zapewniającym jedynie pokrycie kosztów własnych funkcjonowania banków. Kształtowały się one do 1958 roku na poziomie 2% rocznie, co zapewniało tani kredyt na odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych (w okresie planu 3-letniego) i inwestycje w kapitałochłonne struktury produkcji (w okresie planu 6-letniego, kiedy tworzono podstawy gospodarki). (…) Przykład PRL pokazuje, że kraj, w którym rząd emituje swój pieniądz może nie tylko szybko, bez zaciągania kredytów zagranicznych, odbudować kraj ze zniszczeń wojennych, ale i zlikwidować bezrobocie, co było zmorą przedwojennej kapitalistycznej Polski.” (Btw: dziś zbliżony do opisanego tu model działa w Chinach).
To se ne vrati czyli to się dziś bankom nie opłaca. Dziś banki są twardymi, agresywnymi i bezwzględnymi graczami na rynku nastawionymi – jak wspomniano – na maksymalizację zysku tu i teraz. Instytucje finansowe tworzą kanwę, na której gospodarka tkana jest długiem pustego pieniądza. Także w Polsce.
Wróćmy do poczucia pewności w bankach: jak pewnie czuli się dziś zostający z niczym akcjonariusze Getin Banku wobec umorzenia akcji banku, albo jego klienci hipoteczni – „frankowicze mogą mieć problem z egzekucją należnych im kwot od banku?”. Jak będąc klientem banku mieć bankową pewność i czuć się zaufanym, gdy nadzór rozdziela kary na lewo i prawo od PKO przez Pekao, Santander, mBank, ING itd. itp. w wysokościach wielomilionowych za czynności subtelnie mówiąc nie licujące z podstawami handlowej uczciwości, nie wspominając o bankowej pewności? Co sądzić o zaufaniu publicznym do banków, jeśli w tej chwili „pozwami objętych jest już około 95 tys. umów kredytów mieszkaniowych we frankach, co stanowi niemal 26 proc. czynnych kredytów tego typu”, a „dziewięć frankowych banków z warszawskiej giełdy ma prawie 24 mld zł rezerw na ryzyko prawne hipotek frankowych, co stanowi 34 proc. wartości portfela tych kredytów”? Dodajmy, że to nie koniec, a raczej początek zjawiska, bowiem już za chwilę do frankowiczów mogą dołączyć złotówkowicze z ostatnich lat.
Bankowe niewolnictwo – hipoteki
Mechanizm wabienia klientów w obu przypadkach był podobny: najpierw frank – na bazie zaniżonego kursu (nawet 2,1 CHF/PLN w 2007 r.) i niskich warunków brzegowych (kredyty na 100% wartości nieruchomości!) napompowano portfolio kredytów hipotecznych, by po osiągnięciu założonego planem limitu podwyższyć kurs waluty. Teraz złoty – WIBOR 3M w chwili udzielania w 2021 roku ok. 0,2%, obecnie 7,18%. Nie będziemy tu rozwijać tematu kredytów hipotecznych, to byłby wątek na kolejny odcinek cyklu. Przypomnijmy tylko, że tak „opakowane” kredyty hipoteczne w wielu cywilizowanych krajach były już dawno zabronione, w chwili gdy u nas rzucono je na głodny rynek. Warto uświadomić sobie też, że „łączna wartość portfela kredytów mieszkaniowych w Polsce po raz pierwszy przekroczyła właśnie 500 mld zł, a liczba czynnych umów kredytowych wzrosła do 2 538 814 sztuk.” No to jest na czym zarabiać?
Patologią systemową jest to, że prawie 100% tych kredytów jest zmajstrowana w oparciu o zmienną stopę procentową, co nie tyle daje, co zapewnia bankierom wysokie zyski przez długie lata. Jest to klasyczny przykład bankowego niewolnictwa współczesnych czasów. Skala zjawiska jest ogromna i pokazuje potężną siłę lobby bankowego, które od lat skutecznie blokuje wszystkie pomysły na narodowe programy mieszkalnictwa. To samo lobby blokuje propozycje zmian w systemie kredytów hipotecznych, jak np. wprowadzenie wieloletnich kredytów opartych na stałej stopie jako obowiązkowej i równorzędnej oferty dostępnej w każdym banku. Pytanie, gdzie byli/są politycy i instytucje regulacyjne, że ten układ bankowo-deweloperski póki co trzyma się świetnie? Czy odpowiedzią jest m.in. to, że także państwowe banki (np. PKO BP) znakomicie zarabiają na takim patologicznym mechanizmie łupienia obywateli-kredytobiorców? Dla poparcia tej tezy zerknijmy na obrazek:
Dodajmy do powyższego informację o zyskach, generowanych przez banki w Polsce, zacytujmy za NBP: „Zysk netto sektora bankowego w okresie styczeń-czerwiec 2022 roku wyniósł 11,59 mld zł, co oznacza wzrost rok do roku o 89,5 proc.”. Źródłem tego zysku jest głównie mechanizm podwyższanie stóp procentowych jako narzędzia walki z inflacją. Czy w tej sytuacji dziwić się, że przedstawiciele lobby bankowego, do którego należą różni tzw. ekonomiści, dziennikarze branżowi, politycy, a nawet – jak się wydaje – niektórzy członkowie RPP, domagają się głośno kolejnych podwyżek stóp procentowych? Ale jaki to będzie mieć wpływ na możliwość utrzymania gospodarki w ruchu – tym już się mniej lobbyści przejmują – liczy się zysk tu i teraz, do którego potrzebny jest nowy pieniądz.
Kreowanie pieniądza
Kolejną nieprawdą, którą bankowcy przekazują klientom patrząc im głęboko w oczy, jest to, skąd biorą się pieniądze na kredyty. Kredytobiorca odnosi wrażenie, że bankowiec udzielając mu kredytu idzie do skarbca, gdzie złożone są depozyty, z tych depozytów bierze trochę i przekazuje kredytobiorcy. Taka narracja uzasadnia potem poziom zabezpieczeń, ubezpieczeń i całą procedurę łącznie z rozlicznymi warunkami napisanymi petitem w umowie i nieskończonych załącznikach. W ten sposób klient odbierając kredyt ma wrażenie, że dostąpił zaszczytu uszczknięcia owocu pracy wielu ludzi pokornie oszczędzających w banku (w tym miejscu bankierzy turlają się ze śmiechu). Jest to obraz klasycznego podejścia do genezy kredytów – skrótem mówiąc depozyty tworzą kredyty i rzeczywiście kiedyś tak było.
Współczesna rzeczywistość jest zupełnie inna, czego świadomi nie są niekiedy nawet bankowcy, a nawet urzędnicy regulacyjnych instytucji, co zauważyliśmy w wypowiedzi jednego z nich niedawno (no chyba że należy do klubu bankowych lobbystów, a to inna kwestia). Mianowicie banki współczesne nie potrzebują do kreacji kredytu uprzedniego założenia depozytu (wpłaty). Najpierw udzielają kredytu, a ten pojawia się na rachunku kredytobiorcy jako… depozyt. Czyli pieniądz kredytowy bierze się z zapisów umowy kredytowej i nie ma nic wspólnego z wyprawą do skarbca. Dziś więc kredyty tworzą depozyty, a nie odwrotnie, jak to dawniej bywało (oczywiście stosujemy tu ogromne uproszczenia w opisie zjawiska). To banki, a nie rządy, tworzą pieniądz, pieniądz, którego źródłem jest dług. Czy z tego może wyniknąć coś dobrego? Pomińmy oczywiście wyniknięcie doraźnego dobra dla bankierów. Nadmierna swoboda kreacji kredytów przez banki objawiająca się nadmierną ilością pieniędzy na rynku może doprowadzić do bańki kredytowej. Uważa się, że istniejący obecnie model kreowania pieniądza sprzyja, a nawet tworzy kryzysy w gospodarce, z czym nie można się nie zgodzić.
Władza a banki
Aby zapobiec kryzysom rządy próbują nieśmiało okiełznać nadmierną ochotę banków na zarówno ilość kreowanego pieniądza, jak też na warunki jego tworzenia. Intencją każdej władzy jest utrzymanie się u władzy. Jest to dla władzy wyzwanie, bowiem niezależnie od profitów, jakie władza czerpie sięgając pełnymi garściami po pieniądze tworzone przez banki (poprzez choćby skupowanie przez banki rządowych obligacji) i przeznaczanie ich na swoje utrzymanie („rząd się sam wyżywi”), to władza potrzebuje mieć zapewnione finansowanie na wydatki wyborcze. I nie chodzi tylko o karty do głosowania, które nawet nieużyte też kosztują nawet 70 mln zł wobec odwołania wyborów. Chodzi o wydatki motywacyjne, które mają zapewnić utrzymanie wyborców w przekonaniu, że tylko ta władza jest ich godnym reprezentantem czyli może w kolejnych wyborach dalej godnie ich reprezentować, co jednak oczywiście kosztuje dużo więcej, niż druk kart. Zupełnie świadomie pomijamy mniej priorytetowe wydatki władzy, jak służba zdrowia, edukacja, obronność…
Władza z jednej strony musi mieć pieniądze, a z drugiej strony nie powinna dopuścić do nadmiernego łupienia wyborców przez banki przy pomocy choćby kredytów hipotecznych, kart kredytowych, terminali płatniczych, i wielu innych sztuczek drobniejszego kalibru, ale dających w masie bankom stały dopływ gotowizny. Władza woli swych wielbicieli łupić samodzielnie choćby przy pomocy kolejnych podatków i ich generycznych, choć nawet patriotycznych wersji (Polski Ład), bez dzielenia się łupem z bankami. Umiejętność znalezienia złotego środka w grze między ograniczeniem zapędów banków a zapewnieniem umiłowania wyborców stanowi o być albo nie być każdej władzy.
W ostatnim czasie obserwujemy wzmożenie działań rządu (nie tylko w Polsce) do wprowadzenia różnorodnych regulacji ograniczających radosną inwencję menedżerów banków (patrz inicjatywy UE – np. Bazylea III) i rozwiązań dających bankom szanse na odbudowanie wizerunkowego zaufania. Na naszym podwórku były to zaskakujące dla bankierów wakacje kredytowe, zapowiedź zmiany stawki WIBOR (temat praktycznie został przez lobbystów wyciszony, aczkolwiek za kulisami coś się dzieje), a także nieodparte sugestie podwyższenia oprocentowania depozytów. (Tu zerkamy na własne konto w banku (…) i widzimy: oprocentowanie środków na rachunku bieżącym 1,5%, oprocentowanie limitu zadłużenia 15,5% – to ostatnie pewnie w korespondencji do inflacji. A po lokatę trzeba iść do innego banku. To się nazywa biznes! A jakie zaufanie!).
Póki co banki bronią się jak mogą przed wszelkimi zmianami, które mogą naruszyć ich interesy. Zacytujmy senatora G. Biereckiego: „…to, że polskie gospodynie domowe martwią się tym, jakie będą stopy procentowe, to jest coś niebywałego w krajach o rozwiniętych gospodarkach! W tych państwach nie istnieje bezpośrednia zależność między wysokością raty kredytu a decyzjami „odpowiedników” Rady Polityki Pieniężnej. Nie istnieje, ponieważ kredyty hipoteczne, które przecież są mechanizmem funkcjonującym w całym zachodnim świecie, są udzielane gospodarstwom domowym na stałą stopę procentową.”
Akceptowanie przez lata systemu, który żywi banki kosztem społeczeństwa, wymaga pilnych zmian. Czy nie widać, do jakich napięć prowadzą patologie systemu bankowego nastwionego na zyski za wszelką cenę, tworzące w tym modelu funkcjonowania utrudnienia w funkcjonowaniu biznesu? Czy będzie dość siły i woli na ich wprowadzenie? Czy nie widać ewidentnie, jak działa dzięki „instytucjom zaufania społecznego” współczesne bankowe niewolnictwo? Czy banki są godne naszego zaufania jako partner w procesie rozwoju kraju poprzez realizowanie polityki zrównoważonego wzrostu gospodarczego i wspierania tworzenia minimalnego dobrobytu obywateli? Mamy nadzieję, że będzie okazja niebawem do skomentowania postawionych tu kwestii.
Przygotowując się do pisania tego odcinka sięgnęliśmy po niezwykle ciekawą książkę „Etyka i odpowiedzialność w świecie finansów”, której autorem jest szwajcarski ekonomista Paul H. Dembinski. Tu cytat: „Kiedy społeczeństwo było rządzone przez prawa moralne, chciwość i skąpstwo piętnowano, choć praktykowano je w ciemnych zakamarkach, często z poczuciem winy, Wszystko zmieniło się wraz nadejściem finansjalizacji, podczas „euforycznego trzydziestolecia” (lata 80-te do 2007 r., PW), ponieważ mit efektywnego rynku oparty był na założeniu, że egoizm i pazerność prowadzą do społecznego optimum”. Dalej w tekście jest przywołanie filmu Wall Street i z niego cytat ustami Michaela Douglasa „Greed is good” (Chciwość jest dobra).
Znaleźliśmy trafny cytat, który możemy zadedykować współczesnym bankowcom: „Podczas „euforycznego trzydziestolecia” banki sprzedawały dużo iluzji. Teraz nadszedł czas na zbadanie ich prawdziwych zdolności w świetle brutalnego przebudzenia i rozważenia, jakiego rodzaju usługi mogą one naprawdę zapewnić. To ćwiczenie z realizmu powinno objąć także organy regulacyjne…”. Ciekawostką jest, że autorem przedmowy do polskiego wydania jest… prezes Związku Banków Polskich, instytucji godnie reprezentującej polskie banki (czytaj: walczącej o ich interesy) w relacjach z wszystkimi, którzy chcieli by te interesy naruszyć. To się nazywa być na czasie…
PS. A jednak będzie Banksterów i filantropów odcinek III, w którym skupimy się już tylko na relacjach banki – biznes. Będą wskazówki dla firm jak się nie dać, a nawet skorzystać na tej współpracy.